Lily
Siedziałam w luksusowym samochodzie mojej najlepszej przyjaciółki Chloe. Ona poprawiała makijaż, a ja nerwowo spoglądałam przez okno.
- Lily nie przesadzaj, zaraz przyjdzie. - Powiedziała z nutą kpiny w głosie. Prychnęłam. Już pięć minut czekamy na jej nowego chłopaka - Erica, który miał z nami jechać do klubu. Zależało mi na czasie, bo tą drogą wracał do domu z pracy mój tata, a według jego informacji jestem u Chloe na zwykłym piżama-party. Szkoda, że wyrosłam z tego już pięć lat temu.
W końcu Eric wyszedł z bloku chwiejnym krokiem. Zahaczył o próg i wywrócił się twarzą prosto na chodnik. On chyba już coś brał. Chloe patrzyła na to z wytrzeszczonymi oczami. Poprawiła swoje blond włosy i oznajmiła:
- Jedźmy stąd jak najszybciej.
- W końcu!
Na miejsce dotarłyśmy błyskawicznie. Nie wiem czy dlatego, że Chloe jechała ponad sto na godzinę, czy dlatego, że Eric gonił nas na rowerze (co wyglądało śmiesznie), albo może to i to, ale po chwili weszłyśmy do znajomego klubu, w którym unosił się piekący zapach alkoholu i dymu.
- Idę po towar. Nie ruszaj się. - Powiedziała i odeszła.
Rozejrzałam się w poszukiwaniu znajomych ludzi. Stałam się tutaj stałą klientką już wieku piętnastu lat. Wtedy pierwszy raz zażyłam narkotyki. W wieku szesnastu pozwalałam sobie na coraz więcej, a teraz nie ma tygodnia bez napiętych do granic dawek heroiny.
Chloe wróciła z zaprzyjaźnionym barmanem Davis'em i z iskierkami w oczami pomachała strzykawką i jej zawartością. Usiedliśmy przy ostatnim stoliku na końcu klubu gdzie zasłaniały nas głośniki i skrzynki od zamówionego alkoholu.
- Ty pierwsza.
Chloe podała mi naszą wspólną przyjaciółkę, a ja bez wahania wbiłam ją w to samo miejsce co zawsze. Poczułam ukłucie, mętlik w głowie i tą cudowną niewiedzę, która opanowała całą mnie. Nie podałam strzykawki dalej, ale poprosiłam o kolejną dawkę. Czekałam na ten moment wystarczająco długo.
Justin
Stałem oparty o ścianę w klubie, w Seattle. Przyszedłem tu z przyjacielem Rayanem, ale on zadowolił się moją siostrą i zniknął. Miałem zamiar wyjść kiedy usłyszałem pisk jakiejś dziewczyny. Nikt oprócz mnie tego nie usłyszał, bo dochodził zza głośników. Poszedłem tam i zobaczyłem przerażający widok. Na ziemi leżała dziewczyna z wbitą strzykawką w ręce, a nad nią stała jakaś inna blondynka obejmowana przez barmana.
- Davis! Co do cholery?! - Krzyknąłem, ale zrozumiałem, że nie są trzeźwi. Barman uśmiechnął się ukazując żółtość swoich zębów.
- Może by ją tak w łóżku sprawdzić, nie sądzisz? - Spytał. Moja pięść mimowolnie powędrowała ku jego twarzy i z nosa zaczęła cieknąć mu krew. Podniosłem dziewczynę leżącą na ziemi, wyjąłem z jej ręki strzykawkę i zaniosłem do samochodu.
Lily
Obudziłam się w ogromnym łóżku, które spokojnie pomieściłoby pięć wielodzietnych rodzin. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. To na pewno nie był mój pokój.
Nagle ktoś wszedł i rozsunął zasłony w oknie. Światło zapiekło mnie w oczy.
- Auu! - Krzyknęłam łapiąc się za głowę. Chciało mi się wymiotować. Miałam kaca.
- Przepraszam! Myślałem, że śpisz. - Odpowiedział jakiś mężczyzna.
- Tak, oczywiście! To dlatego wszedłeś tu i wprowadziłeś światło?! - Warknęłam chociaż nie do końca wiedziałam do kogo. Miałam rozmazany widok.
- To było głupie, wiem..., ale musiałem sprawdzić czy żyjesz. Kto normalny, nawet po narkotykach, śpi do wpół do czwartej?
- Słucham?! - Zaczęłam się niespokojnie wiercić. Ból nie ustawał.
- Ejejejej! Leż spokojnie i lepiej połknij to.
Podszedł, a na moją rękę spadła tabletka. Do drugiej wcisnął mi szklankę.
- Co to? - Zapytałam nieufnie.
- Aspiryna. - Roześmiał się.
Teraz go dobrze widziałam. Miał bursztynowe oczy, śnieżnobiałe zęby i dołki w policzkach. Czyli w skrócie: żałosny ideał chłopaka.
Wzięłam tabletkę, popiłam wodą i po paru minutach poczułam ukojenie w mózgu. Gdy odzyskałam pełną świadomość zauważyłam coś niedorzecznie przesadnego.
- Nie przypominam sobie, żebym przebierała się w piżamę! - Spiorunowałam go spojrzeniem. Prawdopodobnie zobaczył więcej niż powinien!
- Umm... no tak... - Zakłopotał się. - Tak w ogóle to jestem Justin, a ty? - Zapytał taktownie zmieniając temat.
- Nie myśl sobie. Nie znam cię. Lepiej mi powiedz co ja do cholery tutaj robię?! Chcę wrócić do domu, okej?!
- W porządku, ale mogłabyś się uspokoić. Właściwie to grzeczność wymaga, żebyś mi podziękowała.
- Ja tobie? Za co? Za wywiezienie mnie z domu...
- ...klubu.
- Rozebranie, wypytywanie o imię i lekcję dobrych manier?!
- Straciłaś W KLUBIE przytomność. Nikt nie zauważył tego oprócz mnie i dwóch pijanych osób w tym barmana, który się do ciebie dobierał. Zawiozłem cię tutaj do mojego domu, dałem piżamę, położyłem spać i zaopatrzyłem w lekarstwa, ale to nic takiego oczywiście.
Jęknęłam z bezsilności. Nie zamierzam mu dziękować nawet jeżeli powinnam! Znam go dziesięć minut, a już go nienawidzę...
- Po prostu zabierz mnie do domu!
- Już się robi.
- Gdzie moje rzeczy?
- Masz na myśli te przesiąknięte dymem i oblane wódką ubrania? Spoczywają gdzieś na dnie śmietnika.
- Więc co twoim zdaniem mam założyć?!
- Najlepiej nic. - Powiedział wyszczerzając zęby, ale widząc moją minę pod tytułem ''zabije cię'' spoważniał. - Pójdę coś pożyczyć od mojej siostry.
- Dzięki, bohaterze...
Justin wyszedł i wrócił po dwóch minutach. Zdążyłam stwierdzić, że jest bogaty patrząc na wyposażenie pokoju.
- Proszę. - Położył ubrania na białym fotelu i ustał jakby na coś czekał. Uniosłam brew. - Dzięki, Justinnn! Ależ nie ma za co Dziewczyno Której Imienia Nie Znam! - Piszczał udając prawdopodobnie naszą rozmowę.
- I nie poznasz, a teraz do widzenia.
Rzuciłam w niego poduszką, a gdy wyszedł przebrałam się w rzeczy, które wybrał. Czarne spodnie z pewnością należały do jego siostry, ale o parę numerów za duża, szara bluza - nie.
Rozczesałam szybko włosy palcami i zaplotłam w dosyć niechlujnego warkocza. Wyszłam z pokoju. Justin stał pod drzwiami.
- Ładnie wyglądasz.
- To twoja bluza, tak?
- Jak najbardziej.
- Sweter by wystarczył. Serio.
- Musisz tyle narzekać?
- Możesz mnie zabrać do domu?
Justin westchnął i zaprowadził mnie do garażu, w którym stało pięć czarnych samochodów i jeden biały.
- Dwa by ci nie wystarczyły?
- Mój jest tylko biały i dwa czarne. Reszta należy do mojego ojca i siostry.
- I twój ojciec tu mieszka?
- Nie.
- Jesteś idiotą.
- A ty piękna.
Nie odpowiedziałam tylko weszłam do samochodu. Justin usiadł przed kierownicą i odpalił. Przyznam, że był dobrym kierowcą, ale i tak go nie nawiedzę. Po dwudziestu minutach kazałam mu skręcić w jedną z bocznych uliczek i znaleźliśmy się na moim osiedlu.
- To tutaj. - Oznajmiłam. Zaparkował na podjeździe. Wyszłam bez słów i skierowałam się do domu. Zaczęłam przyrządzać sobie śniadanie gdy zauważyłam go stojącego w drzwiach.
- Czego ty jeszcze chcesz?! Idź zanim mój tata cię zobaczy!
- Zobaczy kogo? - Z salonu przyszedł mój tata i z zaciekawionym wzorkiem zaczął oczekiwać wyjaśnień.
- Tato to...
- Jestem Justin. Miło mi pana poznać. - Przerwał mi.
- Jeremy. - Wymienili uściski dłoni po czym nastała cisza. Chciałam powiedzieć, że Justin już wychodzi, ale tata był szybszy. - To powiedz, Justin... Długo już jesteś chłopakiem mojej Lily?
- Tato!!! - Wrzasnęłam. - To nie jest mój chłopak!
- A więc tak masz na imię? Lily?- Justin puścił do mnie oko.
- Nie rozumiem... - Tata zaczął coś podejrzewać. - Ale jesteście razem, tak?
- Nie! - Zaprzeczyłam chociaż nikt mnie nie słuchał.
- Oczywiście. - Potwierdził ten idiota do kwadratu.
- Nie często się zdarza, że Lily zaprasza kogoś do domu. Może wpadniesz jutro na obiad, co?
- Nie, tato, nie!
- Z wielką przyjemnością. Do jutra.
- Do widzenia.
Gdy Justin wyszedł mój tata był chyba z siebie zadowolony.
- I co? Jak mi poszło? Chyba go nie przestraszyłem? - Zapytał. O boże!
- Tato TO NIE JEST MÓJ CHŁOPAK.
- Tak, tak. Ubierz się jutro ładnie.
__________________________________________________
Pierwszy rozdział - jest! Podoba się wam? Piszcie w komentarzach :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz