piątek, 15 maja 2015

Rozdział 2

   Lily 

        Następnego dnia, między trzynastą, a czternastą siedziałam sobie na parapecie gdy pod dom podjechał biały samochód, z którego wyszedł nie kto inny jak Justin. Był ubrany dosyć elegancko. Poczułam się  przy nim jak ktoś kogo nie stać na porządne ubrania. On w białej koszuli, ja w bokserce imitującą koszykarski strój, on we włosach ustawionych na żel, ja w warkoczu ze wczoraj... Z resztą co mnie to obchodziło? Jestem u siebie, przecież nie wychodzę na pokaz mody.
- Dzień dobry, Justin! Wejdź! - Usłyszałam mojego tatę z dołu.
- Miło cię widzieć, panie... eee...
- Gonzales, ale mów po prostu Jeremy.
     Zeszłam na dół i ignorując naszego gościa chwyciłam torbę i ruszyłam do drzwi.
- Lily, a ty gdzie?
- Do Chloe, tato.
- Nie Lily, pójdziesz do niej wieczorem, albo jutro rano. Teraz jest u ciebie Justin.
- Tato!
- Chodźmy do jadalni.
     Rzuciłam torbę na podłogę i naburmuszona patrzyłam jak siadają przy stole.
- Lily, jak już stoisz to przynieś lazanię. Stoi w piekarniku. - Oznajmił tata.
     Nie no! Nie dosyć, że muszę znosić towarzystwo Justina to jeszcze mam mu jedzenie przynosić?!
Wróciłam z półmiskiem lazanii.
- Smacznego. - Tata z uśmiechem nałożył każdemu z nas po kawałku.
- Wzajemnie, Jeremy.
     Po drugiej dokładce Justina i trzeciej mojego taty stwierdziłam, że wzięłam tylko jednego kęsa i od pół godziny bawię się lazanią widelcem strasznie zamyślona, tymczasem oni chyba byli pogrążeni w rozmowie. W pewnej chwili tata poprosił:
- Może pójdziesz do cukierni po jakieś ciastka?
- Teraz?
- Tak, przecież to chwila. Cukiernia jest dwie ulice dalej.
    Westchnęłam i ruszyłam do drzwi. Wydawało mi się to podejrzane, ale lepsze to niż siedzenie tam do póki półmisek będzie pusty.


     Justin 

     Lily wyszła i chyba nie zorientowała się, że ja i Jeremy przez pół obiadu rozmawialiśmy o niej. Powiedziałem jej tacie, że mam propozycję, ale nie chciałem, żeby ona przy tym była. Już i tak jest wściekła.
- No więc co to za propozycja, Justin?
- Nie wiem czy pan zauważył, ale Lily ma problemy... Nie chodzi mi tutaj o małe drobnostki, ale o coś poważniejszego...
- Co masz na myśli?
- Ostatnio jak u mnie była zauważyłem na jej nadgarstku blizny. Może pan się domyśleć jakie blizny i czym spowodowane.
- Nie wierzę. Przecież Lily jest szczęśliwa, dobrze się uczy, ma przyjaciół!
     Jeremy zaprzeczał, ale widziałem przerażenie w jego oczach.
- Tak to prawda, ale widzę, że coś ją dręczy. Czy w jej życiu stało się coś poważnego?          
     Zapytałem o to z wahaniem. Z jednej strony zakochałem się w niej i chciałem jej pomóc, z drugiej - to było dosyć osobiste.
- No cóż... Gdy Lily miała piętnaście lat zmarła Courtney. Jej matka. - Jeremy przełknął ślinę. - Zmarła na chorobę genetyczną. Lily nie dosyć, że tęskni za matką to boi się, że odziedziczyła chorobę. Od tamtego czasu zmieniła się i przyznam... nie panuję już nad nią. Tą całą sytuacją. Nie wiem kiedy ostatnio gdzieś z nią wyszedłem. Rano jadę do pracy, wracam wieczorem. Nie chcę być natrętny. Pozwalam jej na większość rzeczy, ale tak naprawdę nie wiem. Nie znam jej.
     Chciałem zapytać dlaczego Lily nie zrobi badań na tą chorobę i co to za choroba, ale Jeremy miał w oczach łzy więc odpuściłem. Musiałem mu pomóc. Minęły dwa dni, ale zdążyłem się z nim zaprzyjaźnić i zakochać w jego córce.
- Więc przechodząc do propozycji: z całym szacunkiem zrozumiem jeżeli odmówisz i obiecuję, że kocham twoją córkę bardziej niż cokolwiek innego. Jeremy... słuchaj... czy Lily mogłaby się do mnie... do mnie wprowadzić?
- Co... Co takiego?!
- Jesteś wykończony tym wszystkim, a ja mam pieniądze, mam duży dom, będzie miała swobodę, swój pokój, ale przypilnuję, żeby nie robiła głupot. Proszę cię, Jeremy. To dla jej dobra.
     Ojciec Lily oparł głowę o ręce. Pomyślał chwilę i zaczął mówić:
- No cóż... masz na nią dobry wpływ, chcesz dla niej dobrze. Widzę to w twoich oczach, ale nie jestem pewny czy ona by tego chciała.
- Rozumiem. Potrzebujesz czasu?
- Tak, muszę to dokładnie rozważyć.
- W porządku. Ja już lecę, jutro o tym porozmawiamy. Znasz ten bar przed galerią?
- Tak, a co?
- Spotkajmy się tam o dwunastej.
- Justin, synu, nie wiesz jak tam jest drogo!
- Mówiłem - mam pieniądze. Mój ojciec ma własną firmę. Będzie to dla mnie wielka przyjemność. Dziękuję za obiad był bardzo dobry. Pa, Jeremy!
- Pa!
      Poszedłem do wyjścia. W tej samej chwili drzwi otworzyły się i weszła wkurzona Lily z dwoma pudełkami.
- Kupiłam bezy i biszkopty. Życzę smacznego. - Mruknęła nie ukrywając sarkazmu.
- Właściwe to już wychodzę. Do wiedzenia, piękna. - Dotknąłem jej policzka i wyszedłem za nim wybuchła krzykami typu ,,Co ty sobie myślisz?!''.
     Gdy dojechałem do domu poszedłem do pokoju, w którym wczoraj spała. Był utrzymywany w biało-kremowych kolorach. Na etażerce stały białe lilie co od razu skojarzyło mi się z jej imieniem. Chciałbym mieć ją tutaj zawsze. Skoczyłem na miękkie łóżko i nawet nie poczułem jak zasnąłem.
      Obudziłem się przed dziesiątą. Przebrałem, odświeżyłem i dotarłem do baru, w którym się umówiłem z Jeremy'm z dziesięciominutowym wyprzedzeniem. Długo nie czekałem, Jeremy przyszedł niedługo po mnie.
- Cappuccino i panini*- Powiedziałem do kelnerki. Zanotowała moje słowa i spojrzała na Jeremy'ego.
- To samo.
     Odeszła i wróciła niosąc na tacy zamówienie. Podziękowaliśmy, ale zamiast zająć się śniadaniem zapytałem:
- No więc... zastanawiałeś się?
- Tak. Mam już odpowiedź, ale najpierw zjedzmy.
- Twoje zdrowie.
    Strasznie się śpieszyłem z przełykaniem, bo moja ciekawość nie miała granic. Jeremy to chyba zauważył, bo zaśmiał się gdy zakrztusiłem się ostatnim kęsem kanapki.
- Justin, ja jestem otwarty pozytywnie co do tej propozycji, ale boje się, że to będzie zbyt pochopna decyzja. Znam cię zaledwie dzień i nie to, że ci nie ufam, ale chcę dla Lily jak najlepiej.
- Ja też i właśnie dlatego uważam, że ty powinieneś odsapnąć i nie zadręczać się. Będzie jej u mnie dobrze. Obiecuję.
    Jeremy popatrzył mi w oczy z dumą jakbym był jego synem.
- Dobrze, zgoda. Nie wiem jak ci dziękować.
- To wielki zaszczyt! - Zawołałem uradowany po czym zaproponowałem pojechanie po Lily. Jeremy zgodził się. Zapłaciłem i ruszyliśmy do auta. Po pięciu minutach byliśmy na miejscu.
- Lily! Lily, zejdź na chwilę! - Zawołał Jeremy.
- Coś się stało? - Spytała schodząc na dół z górnego piętra.
- Mam dla ciebie niespodziankę. Przeprowadzasz się do Justina.
- Co takiego?!
- Justin zaproponował, że pomieszkasz u niego. On ma większy dom, będziesz miała więcej swobody.
- Ale mi tu świetnie! Doskonale! Nie chcę u niego mieszkać! Po prostu nie! Nigdzie się stąd nie ruszam!
- Lily Kylie Gonzales! Masz natychmiast się uspokoić! Ten człowiek chce dla ciebie dobrze, za równo jak i ja!
- Wyganiasz mnie?!
     Lily z załzawionymi oczami popatrzyła na Jeremy'ego. On nic nie odpowiedział.
- Świetnie! - Lily pobiegła na górę. - Doskonale!
     Trzasnęła drzwiami i już jej nie słyszeliśmy.
- Przepraszam cię, Justin. Może jest zbyt niewdzięczna... Chcesz z nią pogadać?
- To zrozumiałe, pójdę do niej.
- Ostatnie drzwi po lewej.
- Ok.
     Wdrapałem się po białych, drewnianych schodach na górę i zapukałem do drzwi od pokoju Lily.
Nic nie usłyszałem więc po prostu wszedłem. Pokój był duży, zadbany z białymi ścianami i błękitno-białymi meblami. Były też drzwi na balkon, ale to co zauważyłem na nim zatkało mnie.
- Lily, do cholery co ty robisz?!
     Pobiegłem na balkon. Lily siedziała w jego rogu z żyletką na skórze.
- Odwal się, Justin!
- Albo przestaniesz, albo użyję siły wyższej!
- Tak?! A co mi możesz zrobić?!
    Z jej oczu kapały łzy, a z ręki krew. Rozerwałem część rękawa od swojej koszuli i kucnąłem przed nią. Chwyciłem za dłoń i owinąłem materiał wokół nadgarstka.
- Właśnie dlatego musisz się przeprowadzić. Chcę ci pomóc, Lily. Kocham cię.
- Ale ja nie chcę się zmieniać, nie chcę pomocy.
- Błagam. Spójrz na siebie. Ty nie jesteś szczęśliwa. Chodź.
    Wstałem i wyciągnąłem rękę, żeby jej pomóc. Nie złapała jej, ale też wstała.
- Nie musisz się pakować. Mój przyjaciel Rayan zamówił ci ubrania, a resztę wyposażenia masz w pokoju.
    Zmrużyła oczy w gniewie i na upór wyciągnęła z szafy parę bluz, koszulek i włożyła do pudła stojącego pod łóżkiem. Dorzuciła jeszcze jakiegoś pluszaka, coś w stylu pamiętnika i na końcu zdjęcie na którym była ona, Jeremy i zapewne Courtney. Przyjrzała się mu i położyła na samej górze wybranych rzeczy w kartonie.
- Grzeczność wymaga, żebyś to ty poniósł to pudło.
     Wepchnęła mi je do rąk i odrzucając za ramię włosy zeszła na dół. Patrzyłem się na to jak zahipnotyzowany z głupim uśmiechem na twarzy. Zerknąłem jeszcze na zdjęcie w pudle. Była bardzo podobna do swojej matki. Te same zarumienione policzki, granatowe oczy i czerwone usta.
     Tak bardzo chciałem, żeby była szczęśliwa.


*panini - włoska kanapka 
______________________________________________________________
Oto rozdział drugi! Piszcie w komentarzach czy wam się podobał i czy chcecie, żeby Lily przekonała się co do Justina... Do następnego! ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz