Lily
Nie chciałam przeprowadzać się do Justina, ale skoro to miało pomóc mojemu tacie... Zeszłam na dół przeprosiłam go, przytuliłam, obiecałam, że będę dzwonić i takim sposobem siedziałam właśnie w samochodzie mojego nowego gospodarza.
Wcześniej nie zwracałam uwagi na jego dom, ale gdy teraz wjechaliśmy na ogromne podwórko oniemiałam z zachwytu. Była tu fontanna, pełno kwiatów (zwłaszcza tygrysich lilii), staw i basen.
- Dlaczego wszędzie w twoim domu jest pełno lilii? - Zapytałam gdy wjechaliśmy do garażu.
- Pokażę ci.
Poprowadził mnie do pomieszczenia wyglądającego jak biblioteczka. Kominek, pełno półek z książkami, fotele, globus i komputer.
- Widzisz o to na ścianie? - Wskazał przywieszony, biały herb ze złotym napisem ''Bieber Clan'' wokół, którego rozrastały się właśnie lilie. I tygrysie, i wodne.
- Mhm.
- To mój herb rodzinny. Lile to nasz znak rozpoznawczy, a zarazem ulubione kwiaty prawie każdej kobiety w tej rodzinie.
- Jest przepiękny.
Przesunęłam palcem wzdłuż łodygi największego kwiatu.
- Chcesz obejrzeć pokoje, żeby któryś wybrać?
- Nie trzeba, chcę ten co ostatnio.
- Ale wiesz, że są o wiele większe?
- Trudno. Czuję do niego sentyment, ale tak czy inaczej musisz mnie do niego zaprowadzić, bo ten dom jest jak labirynt.
Justin roześmiał się. Chciał chwycić mnie za rękę, ale szybko schowałam ją do kieszeni od spodni.
- Prowadź.
Weszliśmy po marmurowych schodach na górę, skręciliśmy w lewo, potem jeszcze jedne schodki i znów w lewo. Była to oddzielna wieżyczka tej willi, w której znajdowały się tylko mój pokój i łazienka.
- A gdzie twój pokój?
- Po drugiej stronie domu niestety... Pokazać ci resztę pomieszczeń, z których możesz korzystać?
Przytaknęłam. Justin pokazał mi siłownię, coś w stylu pokoju gier, kuchnię, jadalnię i salon z fortepianem.
- Umiesz grać? - Zapytałam siadając na krzesełku przed instrumentem.
- Tak.
Usiadł obok i zaczął grać spokojną i bardzo ładną melodię. Jej rytm chodził tak jak moje serce. To było niesamowite. W pewnej chwili urwał i spojrzał mi prosto w oczy. Wiem co chciał zrobić. Na mojej twarzy pojawił się grymas. Nie, to nie mogło się stać teraz. Gdy jego usta były centymetr od moich krzyknęłam:
- Nie!
Pobiegłam na górę do pokoju, zamknęłam drzwi i dysząc ciężko oparłam się o nie. Tak nie mogło być, przecież ja go nienawidzę. Zabrał mi dom i wtrąca cię do mojego życia, a potem chce mnie całować?
Nagle coś w mojej kieszeni zabrzęczało. Wyciągnęłam telefon. Dzwoniła Chloe.
- Hej. - Wydukałam do słuchawki.
- Cześć, gdzie ty jesteś?
- W domu, a co?
- Nie okłamuj mnie, Lily. Przyszłam do ciebie, a twój ojciec powiedział, że ciebie nie ma i nawet mnie nie wpuścił! A przecież on zawsze traktował mnie jak drugą córkę!
- Chloe, bo ja się przeprowadziłam i...
- I nie mogłaś mi do cholery powiedzieć?!
- Przepraszam, ale to długa historia! - Opowiedziałam jej krok po korku z tego co mówił mi Justin. - I on chciał mnie pocałować, ale odmówiłam, bo co on sobie myśli?! I tak właśnie siedzę tu i boje się wyjść. - Podsumowałam.
- Mogłaś nie odmawiać!
- Chloe nie broń go!
- Ok, ok. Może wpadniesz dzisiaj tam gdzie zawsze? Tylko jedna rundka, co?
- Jasne, za godzinę?
- Za godzinę. Pa, mała.
- Pa.
Cmoknęłam do telefonu i rozłączyłam się. Musiałam się przebrać, uczesać i zrobić makijaż. Otworzyłam szafę. Wyjęłam koszulę z szarego jeansu, czarne spodnie, slip on'y i ubrałam ten zestaw. Usiadłam przed toaletką. Rozczesałam i wyprostowałam włosy, zrobiłam sobie kreski i użyłam pierwszej czerwonej szminki jaka wpadła mi w rękę. Byłam gotowa. Chwyciłam swoją torbę i wyszłam z pokoju. Justin robił coś w kuchni. Czuć było spaleniznę.
- Co ty najlepszego robisz?! - Krzyknęłam podbiegając do patelni, z której unosił się dym.
- To miał być sos do spaghetti... - Mruknął. - Ładnie wyglądasz. Wybierasz się gdzieś?
- Tak. Chyba mogę?
- Zależy gdzie.
- Mogę iść gdzie mi się żywnie podoba!
- Chcesz iść do tego klubu, tak?
- Nie... - Skłamałam, ale zobaczył, że kłamię.
- Nie pozwolę ci tam iść.
- Nie możesz mi niczego zabronić!
- To słuchaj: nie wyjdziesz z tego domu dzisiaj, bo to nie jest dla ciebie dobre, rozumiesz?
- Justin to ty nie rozumiesz! Jestem uzależniona! Po prostu MUSZĘ!
- Nie musisz. Nic nie musisz. Pamiętaj. To wszystko zależy od ciebie, Lily. Pomyśl o Jeremy'm. O Courtney.
- Skąd ty to wiesz...?
Justin nie odpowiedział. Spuścił wzrok.
- W porządku, zostaję.
Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Puścił w radiu muzykę. Zabrałam się za sprzątanie zwęglonego sosu i powiedziałam mu co ma jak zrobić. Po godzinie jedliśmy pyszne spaghetti z sosem według przepisu mojej mamy.
- To nayszejsza checz jaką keykolwiek jadłem. - Mlaskał.
- Nic nie rozumiem! - Roześmiałam się odnosząc swój talerz do zmywarki.
- Kocham cię.
- Wiem. Dobranoc, Justin.
- Dobranoc.
Wchodząc na górę pomyślałam, że czasami jest do zniesienia. Czasami.
________________________________________________________________________
Oto rozdział trzeci! Zapraszam do oddawania opinii w motywującym komentarzu! ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz