niedziela, 24 maja 2015

Rozdział 4

   Lily

     Z czasem przyzwyczaiłam się do życia u Justina. Od poniedziałku do piątku miał pracę więc wstawał o wpół do szóstej, wracał na godzinę o czternastej i znów go nie było do dwudziestej pierwszej. Weekendy spędzał ze mną, ale i tak nie rozstawał się z telefonem...
     Pewnego wtorku, pół godziny po czternastej wszedł do mojego pokoju. Czytałam akurat jakieś czasopismo rozważając wkradniecie się do dobrze zaopatrzonego barku.
- Jeszcze jesteś? - Zapytałam.
- Tak, dzisiaj zmiana planów. Zabieram cię na bankiet.
- Mnie?! Człowieku może i jesteś milionerem, ale wierz mi: moje dzieciństwo to sflaczała piłka do nogi i własnoręcznie robiona proca, a nie garniturek i tablet z trzynastoma aplikacjami.
- Po pierwsze: trzynaście aplikacji to nie fortuna, ja miałem ponad dwadzieścia. - Powiedział z uśmiechem, ale nie wiem czy żartował. - Po drugie: też lubiłem grać, ale preferuję kosza. Po trzecie: to nic nie przeszkadza. Masz ładnie wyglądać i się uśmiechać.
     Powiedział, ale czułam, że coś ukrywał.
- Justin... Wystarczy, że wyjdziesz do najbliższego parku, a wszystkie dziewczyny rzucą ci się do stóp. O co tak naprawdę chodzi?
- Ok, ok... Bo, no, bo... ja...
- TY...?
- Ja powiedziałem moim rodzicom, że ja i ty jesteśmy...yee...parą...
- Co takiego?!
- No przepraszam. Błagam tylko jedno, jedyne przyjęcie. Proszę. Poznają cię i zabieramy się stamtąd.
- Dobra, ale nigdy więcej tak nie mów!
- Jasne.
- I... mogę ze sobą zabrać Chloe.
- Tą pijaną blondynę? Tyko nie ona!
- Albo ona, albo nie idę.
- O boże! Okej! Bądź gotowa o szesnastej. Znajdź jakąś sukienkę w garderobie.
     Gdy wyszedł zadzwoniłam do Chloe. Przyjechała po piętnastu minutach zachwycona willą, jej wyposażeniem i jej właścicielem... Poczułam się zazdrosna... Lily ogarnij się!
- Chodź wybierzemy sukienki.
     Poprowadziłam ją do mojej własnej garderoby, która była na tyle duża, że nigdy nie zdołam ogarnąć wszystkich ubrań jakie tu miałam. Przymierzałyśmy po kolei każdą suknię. W końcu ona zdecydowała się na wąską i długą w kolorze pudrowego różu, bez ramiączek z długim wycięciem przy prawym udzie.
     Ja odrzuciłam  i rozkloszowaną żółtą i czerwoną z dekoltem w łódkę. Nie podobała mi się też metalicznie zielona mini i błękitna, spięta granatową kokardą w talii.
     Chloe poszła ''poszukać'' Justina, żeby ''tylko z nim pogadać'', a ja zostałam z tym wszystkim sama. Zrezygnowana schowałam twarz w dłoniach. Problem kobiety. Nagle do garderoby wszedł Justin.
- To wariatka! Jesteś pewna, że to dobry materiał na przyjaciółkę?! - Zapytał przytrzymując drzwi w obawie, że ktoś wejdzie. Zauważył moja minę. - Hej, coś nie tak?
- Nie, chyba pójdę w tej. - Machnęłam bez uczuć żółtą sukienką. Justin uniósł brew.
- Jest za jaskrawa jak na tak piękną urodę. Ubierz tą. - Ściągnął z wysokiego wieszaka jakiś pokrowiec. Nie widziałam co pod nim jest.
- Wybierasz mi ubranie? Może ja wolę żółtą?
- Doradzam. Zaufaj mi.
     I wyszedł. Rozsunęłam pokrowiec. Moim oczom ukazała się piękna sukienka w kolorze lila. Miała 3/4 rękaw, sięgała pod kolano. Z jednej strony była zebrana i spięta broszką w kształcie gałązki bzu.
- Jest cudowna! - Krzyknęłam sama do siebie. Ubrałam ją i wróciłam do pokoju.
     Usiadłam przed toaletką i zaczęłam robić delikatny makijaż. Potem zakręciłam włosy i uformowałam  z nich koka używając spinki w kształcie takiej samej gałązki bzu jak przy sukience. Uwolniłam parę kosmyków. Użyłam pierwszych lepszych perfum i stając przed ogromnym lustrem nie poznałam samej siebie. Byłam teraz bardzo podobna do mojej matki. Elegancka, stosowna i uśmiechnięta. Przeszkadzało tylko jedno.  Dotknęłam blizny na nadgarstku.
- Wiem co pomoże. - Powiedział nagle znajomy głos zza pleców. Aż podskoczyłam.
    Justin podszedł do mnie z jakimś pudełeczkiem. Otworzył je, a moim oczom ukazała się piękna bransoletka cała pokryta malutkimi liliami z diamentów, różami z rubinów, bzami z ametystów i innymi kwiatami.
- Jest cudowna!
- Cudowna bransoletka dla cudownej dziewczyny.
- Nie mogę jej przyjąć, ile na nią wydałeś?!
- Właściwie to nic. Należała do mojej matki.
- To pamiątka rodzinna? Tym bardziej nie mogę!
- To będzie zaszczyt.
     Złapał moją dłoń i zapiął cudowny prezent. Pasowała jak ulał i rzeczywiście zakryła co do ostatniej linii, którą namalowała żyletka.
- Mówiłeś, że mają mnie poznać twoi rodzice, a powiedziałeś ''należała''. Oddała ci ją?
- Nie... Grace to moja macocha, ale bardzo mnie kocha i ja ją też. Moja matka zmarła jak miałem pięć lat.
- Rozumiem...
    Przytuliłam go na minutę. Zależało mu się w końcu dużo przecierpiał i dużo mi dał. Minutka minęła szybko. Wyszliśmy z pokoju.
     Chloe siedziała w salonie oglądając jakiś serial. Ona też się umalowała, ale znacznie mocniej ode mnie. Była o wiele piękniejsza. Metr siedemdziesiąt trzy, długie blond włosy, wielkie niebieskie oczy i mocny charakter.
- Gotowe? - Zapytał Justin.
- Prowadź! - Pisnęła Chloe i chwyciła jego ramię. Szłam za nimi do garażu przewracając oczami na każde jej westchnienie gdy Justin coś zrobił. Czy ja byłam znowu zazdrosna? Wyprzedziłam ich na schodkach i weszłam do samochodu, w którym siedział już jakiś chłopak na miejscu kierowcy.
- Rayan. - Powiedział podając dłoń.
- Lily.
- Ona ma udawać dziewczynę Justina? - Zapytał wskazując na Chloe, której Justin pomagał zejść po schodkach.
- Umm... tak. - Skłamałam.
- Ok, ale powiem ci, że jesteś ładniejsza.
- Dzięki. - Odpowiedziałam i w końcu się uśmiechnęłam.
    Justin i Chloe doszli po minucie. On był nieco markotny, a ona śmiała się jak wariatka. Ja i Rayan wymienialiśmy porozumiewawcze spojrzenia.
    Na miejsce dotarliśmy po dwudziestu minutach nie licząc pięciu minut przystanku na stacji benzynowej, bo Chloe koniecznie musiała iść do toalety... Stojąc przed łazienką nie słyszałam spłuczki, ale gdy wyszła miała mocniejsze kreski i jeszcze więcej pudru, to ciekawe...
- Rayan zajmij się Chloe, muszę znaleźć moich rodziców, żeby poznali Lily. - Powiedział Justin.
- A czy to nie Chloe miała...?
- Idź! - Popchnęłam go i zniknął w licznym tłumie. Sala była ogromna, bardziej to przypominało królewskie przyjęcie niż bankiet. Justin zawołał jakąś uśmiechniętą kobietę w granatowej sukience, futrze i ciasno związanymi włosami oraz starsze wcielenie Justina.
- Mamo, tato to Lily. Lily to moi rodzice, Grace i Alan. - Powiedział.
     Alan ukłonił się przede mną na co dygnęłam (Justin przytaknął, a znaczyło to prawdopodobnie, że robię dobrze), a Grace uściskała mnie tak mocno, że chyba coś  chrząknęło w moich kościach.
- Tak się cieszę, że mogę cię poznać. - Powiedziała jego macocha nie ukrywając wzruszenia. - Jesteś bardzo ładna, kochanie.
- Dziękuję. - Zaczerwieniłam się.
- No to powiedz, synu... Kiedy ślub? - Zapytał Alan.
- Tato, nie teraz...
- No dobrze, w porządku. Idę przywitać się z ciocią Ann, mógłbyś zachować kulturę i też to zrobić, ostatnio skarżyła się, że nie podszedłeś do niej w jakimś markecie chociaż wyraźnie nawiązała z tobą kontakt wzrokowy.
- Tato ona myli mnie z każdym chłopakiem na chodniku!
     Rodzice Justina nie odpowiedzieli tylko odeszli. Odetchnęłam z ulgą.
- Już po wszystkim, chodźmy do domu.
- Okej, ale przed tym sprawisz mi ten zaszczyt i zatańczysz ze mną? - Skłonił się przede mną wystawiając dłoń. Skinęłam i podałam mu swoją. Prowadził po mistrzowsku jak zawodowy tancerz. Nie pozwolił na jakikolwiek krzywy ruch. No, ale co się dziwić? Przecież To Pan Idealny Justin. Po paru minutach muzyka zwolniła. Wszystkie panie na parkiecie położyły dłonie na karkach panów i bujały się w rytm wolnej melodii. Spojrzałam się w orzechowe oczy Justina. Nasze twarze przybliżyły się. Było mi za razem gorąco i miło.
- Justin!!! - Zapiszczała jakaś dziewczyna. Nie jakaś tylko konkretna. Chloe. Odepchnęła mnie gwałtownie i przywarła do Justina.
- Nic nie szkodzi. - Szepnęłam sama do siebie i skierowałam się do łazienki. Pogrzebałam w torebce i znalazłam buteleczkę po perfumach, w której była heroina i przyjaciółkę-strzykawkę.
- Tęskniłam. - Powiedziałam napełniając ją. Zacisnęłam pięść lewej dłoni i wbiłam ją tam gdzie zawsze. - Ugh... - Jęknęłam. Strzykawka wylądowała na ziemi. Opuściłam się na kolanach w dół i schowałam twarz w dłoniach i wtedy ktoś wszedł.
- Lily po co to do jasnej cholery zrobiłaś?! - Wrzasnął Justin frustracyjnie przeczesując włosy. Przełamał strzykawkę i wrzucił do śmietnika. - Powiedz po co?! Było dobrze, a przez NIĄ oczywiście musiałaś, tak?!
    Z moich oczu płynęły łzy. Jego krzyki ucichły.
- Powiedz mi szczerze, czy podczas mojego pobytu pracy przez ten cały czas jak u mnie mieszkałaś, brałaś narkotyki?
    Pokiwałam głową nadal nie pokazując twarzy.
- Więcej niż trzy razy?
- Tak. - Opowiedziałam, ale tym razem spojrzałam mu prosto w oczy. - Tak, Justin. Nie zmienisz mnie. Nie próbuj. Może i się zakochałeś, może nie, ale mam to gdzieś. To nie jest tak, że zerwę nałóg z dnia na dzień. Nie jestem idealna i nie oczekuj, że dla ciebie z tym skończę, bo to się nigdy nie stanie. - Przełknęłam ślinę i przeszyłam go wzrokiem. - Nie kocham cię.
     Musiało to w niego trafić jak strzała.
- Przepraszam. - Dorzuciłam i wyszłam. Zadzwoniłam po taksówkę i wróciłam do jego Bieber-Willi. Zabrałam do torby kilka moich rzeczy i jabłko. Wyszłam na ulicę. Robiło się już ciemno. Zadzwoniłam do Chloe.
- Halo? Lily? Gdzie jesteś, czemu wyszłaś?
- Chloe... mogę u ciebie przenocować parę dni?
- Jasne, mała, ale co się stało?
- Nic... Za ile będziesz?
- Dobrze się z Justinem bawię, ale mogę już iść.
- Nie no coś ty... nie przeszkadzam wam. Wiem gdzie jest klucz, rozpakuję się.
    Skręciłam w jedną z alejek i weszłam do drugiego bloku, drugiej klatki, pierwszych drzwi przedostatniego piętra. Klucze były tam gdzie zwykle czyli pod wycieraczką sąsiadki Chloe, która była po dziewięćdziesiątce i nie orientowała się, że tam są.
    W domu było ciepło. Poszłam do kuchni, nalałam sobie soku pomarańczowego i mimowolnie doprawiłam wódką. Upadłam na kanapkę i sączyłam drinka.



   Justin 

    Lily wyszła i zostawiła mnie z Chloe. Ja siedziałem patrząc w podłogę i myśląc o niej, a Chloe tańczyła przede mną i chyba myślała, że mi się to podoba. Teraz rozmawiała z kimś przez telefon. Wypowiedziała moje imię. Gdy skończyła podszedłem do niej.
- Kto to?
- A co? - Zapytała z przekąsem.
- Nic, ale no... powiesz?
- A dasz mi coś w zamian.
   Pokazała tipsem swój policzek. Pocałowałem go najszybciej jak się dało.
- Słabo, ale ok... Lily.
- I co mówiła?!
- Nic o tobie. - Roześmiała się.
- Gdzie ona jest?
- U mnie.
- Błagam cię podaj mi swój adres.
- Mam podać miejsce zamieszkania chłopakowi, którego nie znam? To będzie kosztować nasze usta razem.
- Słucham?!
- Tak, Justin. Coś za coś. - Uśmeichnęła się uwodzicielsko. Pocałowałem ją w kącik ust.
- Tylko tyle umiesz?! - Oburzyła się. Popatrzyłem na nią błagalnie  - No dobrze. - Wyciągnęła z torebki kartkę i nabazgrała coś.
- Dzięki.
    Wybiegłem z budynku i skierowałem się do podanego adresu. Wszedłem bez pukania. Od razu zobaczyłem siedzącą na kanapie Lily.
- Co to? - Spytałem pokazując szklankę.
- Ciebie też miło widzieć. Nie interesuj się.
- Bądź poważna.
- Sok pomarańczowy!
- Tak, to daj łyka.
- Stoi w kuchni, chcesz to sobie weź.
- A tak naprawdę?
    Spojrzeliśmy na siebie w ten sposób, który mówił wszystko.
- Sok pomarańczowy i...
- I?
- Szkocka.
- Świetnie, a teraz wróć ze mną do domu.
- Po co? Po to, żebyś mi znów robił kazania. Mi się żyje dobrze.
- Lily jakaś ty egoistyczna! Nie możesz przez śmierć matki robić sobie takich rzeczy.
- Tak, a podaj powód dlaczego?!
- A dlatego.
    Podszedłem do niej i wyrwałem jej szklankę z rąk. Odstawiłem na bok i mocno pocałowałem Lily. Chwilę się opierała, ale niedługo. Nasze usta złączyły się w jedną całość. Ona robiła to delikatnie, a ja zawzięcie i tak siebie uzupełnialiśmy. Przygryzłem lekko jej wargę. Gdy skończyliśmy oblała się rumieńcem.
- Kocham cię, Lily.
- Ja... Ja ciebie... Ja ciebie też, Justin.


_______________________________________________________
Czwarty - jest! Zapraszam do komentowania i na ask'a! :)


1 komentarz: